sobota, 2 czerwca 2012

Syrop/Miod z mniszka lekarskiego


Po tygodniowym słońcu i dość upalnych majowych dniach, pogoda wywinęła nam figla i zmieniła swa aurę. Czerwiec przywitał nas deszczem . Nad Lipowym Siedliskiem zaległa gruba warstwa chmur, od kilku dni pada i jest dość chłodno. Na wyraźne przejaśnienia i poprawę pogody do końca tygodnia nie ma co liczyć.  Mimo wszystko mam się dobrze. Nawet poranne godzinne czekanie w deszczu na sklep obwoźny nie zdołało popsuć mojego dobrego nastroju. Spragniona świeżych bułeczek zmokłam przeokropnie, ale tak to już bywa, gdy człowiek do jezdny nie wyznaje się na tutejszych zwyczajach i nieoficjalnych ustaleniach. Teraz siedzę sobie w cieplutkiej, przytulnej kuchni, pije poranna kawkę, pale w piecu i rozkoszuje się sielska, domowa atmosfera. Moja mala księżniczka siedzi obok i z dziecięca rozkoszą maluje farbami kolejny obrazek tym razem dla tatusia. Korzystając z chwili, umieszczam przepis na MIÓD /SYROP Z MNISZKA LEKARSKIEGO.

Syrop lub miód z mniszka
Składniki:
ok. 500 kwiatów z mlecza
2 L wody
2 kg cukru
1 cytryna
2 pomarańcze
 




 
 
Sposób przygotowania:

1. Na zbiór płatków wyruszamy w słoneczny dzień. Ale uwaga, trzeba się śpieszyć, bo po południu lub podczas pochmurnej pogody kwiaty mniszka się zamykają. W maju nazbieranie pełnego koszyka zajmuje zaledwie około pół godziny. Z kwiatka wyskubujemy same płatki, bo tylko z nich można zrobić syrop lub wino o dobrym smaku. Pozostałe części rośliny zawierają bowiem biały, gorzki sok mleczny. 
 
2. Uzbierane i oskubane płatki  zalewamy ok. 2 L wrzątku i odstawiamy na ok. 24 godziny, aby się dobrze zaparzyły, w ten sposób nie tracą one swej cennej zawartości. 
 
3. Wywar przelewam przez sito, dobrze wyciskaj ac przy tym płatki.
 
4. Wywar stawiamy na ogniu, dodajemy sok z cytryn, pokrojona w kostki pomarańczę, cukier i gotujemy na malutkim ogniu ok. 2 godziny, aż do uzyskania konsystencji syropu, potem jeszcze troszkę zgęstnieje. Możecie gotować dłużej jeśli chcecie gęstszy „miodek”. Ogień powinien być niewielki a całość ma pyrkać a nie buzować.

5. Przelewamy do słoików i gotowe. Można trzymać kilka miesięcy.



Syrop/Miód z mniszka nadaje się na kanapki a także jako dodatek do pierników czy innych ciast. Osobiście najchętniej stosuje go jako dodatek do herbaty czy grzanego piwa.
Nie wolno go przechowywać w lodówce, bo szybko skrystalizuje. W tracie gotowania do syropu przechodzą z kwiatków cenne substancje - między innymi żółte barwniki z grupy karotenoidów i związki flawonowe. Wpływają one na wzmocnienie naczyń krwionośnych, działają moczopędnie i rozkurczająco.Co więcej, syrop z mniszka lekarskiego (popularnie zwanego mleczem) ma też właściwości lecznicze, zimą będzie nieocenionym pomocnikiem przy infekcjach gardłowych, zaraz po domowym syropie z cebuli.
W sprzedaży spotyka się też prawdziwy miód produkowany przez pszczoły z nektaru tych kwiatów. Miód mniszkowy zalecany jest rekonwalescentom na wzmocnienie, dobry jest też dla chorych na nerki i wątrobę.
 
 
 Pozdrawiam i do usłyszenia







niedziela, 27 maja 2012

Nasz domek...

Zamieszkamy pod wspólnym dachem
przed obcymi zamkniemy drzwi
posadzimy przed domem kwiaty
których nocą nie zerwie nikt
przyniesiemy suchego drzewa,
żeby zimą nie było źle
parę jabłek i trochę chleba
co nam starczą na cały wiek
Przeczekamy każdy losu kaprys zły
Żeby potem żyć normalnie żyć

Wymyśliłam sobie domek, taki mały, skromny z czerwona dachówka. I proszę oto jest.  Stoi sobie na niewielkim wzgórzu, w uroczej, malowniczej i jakże przyjaznej wiosce mazurskiej. Taki wymarzony, coraz bardziej oswojony. Kocham ten nasz mały domek. Urzeka mnie jego ciepły i przyjazny klimat. Uwielbiam wieczory, gdy zachodzące słońce, swym delikatnym spojrzeniem próbuje wkraść się do środka. Ciepły blask, rozświetla jego wnętrze i nadaje mu swoistego uroku i wdzięku













I ta cisza ten spokój. 
Ach marzy mi się pozostać tu na stale. Cudownie byłoby moc tu żyć. Powoli remontować gore, zadbać o sad i ogród. Realizować kolejne marzenia i wizje. Stworzyć dom, pachnący chlebem i ziołami, otwarty dla naszych bliskich, pełen życia i radości. Dom, który byłby ostoja i schronieniem dla naszych dzieci, dom do którego zawsze chętnie się wraca, bo jest w nim ciepło i przytulnie. Marzy mi się spokojny, prosty byt. 






Choć pewnie nie raz nadeszłyby ciężkie chwile palne rezygnacji i zwątpienia, to sil i nadziei na lepsze jutro dodawałyby  nam  cudowne wschody słońca nad puszcza, cisza od której huczy w uszach, zapach skoszonej laki. Otaczającą nas natura jej piękno koiłoby nasze zmęczenie. Sarna podchodząca pod dom, spacerujące w pobliżu żurawie, unoszące się nad dachami bociany kolejny raz potwierdzałyby gasnące przekonanie "to był dobry wybór, tu jesteśmy mimo wszystko szczęśliwi". Bo przecież człowiekowi do szczęścia potrzebne jest tak niewiele. Po co ta cala pogon, ten szalony wyścig, za czym?????
Czy nam się uda, czas pokarze, ja coraz bardziej wierze ze tak, to i to już w krotce. 


Dzis niedziela, przepiękna pogoda, z czego należy korzystać, zaraz po obiadku wybieram się na kolejna wycieczkę rowerowa, kierunek puszcza Borecka, gdzie rządzi żubr, cel Folwark Łękuk.

Milego dnia

środa, 23 maja 2012

Zielono mi i spokojnie, zielono mi..


"A w kominie szurum, burum,
a na polu wiatr do wtóru.
A na chmurze bal do rana,
a pogoda rozśpiewana.
Zielono mi i spokojnie.
Zielono mi "

Witam,

Tak mi tu dobrze, tak mi tu błogo. Coz więcej pragnąć jak nie kawałek wlanego „nieba” w jednym z najpiękniejszych zakątków tego świata. Tak, w końcu dotarłam do naszego Lipowego Siedliska, mojego północnego raju i nie żałuje ani przez moment ze tak długo na te chwile czekałam...Choć pracy dookoła mnóstwo, aż człowiek za głowę się łapie i nie bardzo wie od czego zacząć, to i tak nic nie zdoła umniejszyć mojego zachwytu i radości tym magicznym miejscem. Na moje szczęście tu wszystko kwitnie i dojrzewa nieco później także załapałam się jeszcze  na pięknie kwitnący bez, laki pełne mniszka, sad budzący się do życia, jabłonki puszczające paki i zapach akacji, który kocham. Jest cudownie...





W tym roku postanowiłam, ze spędzę tu czas spokojnie, łagodnie bez zbędnego pospiechu i obietnic, wszystko na zasadzie możesz nic nie musisz. I wiecie co, to działa. Jak na te parę dni to sporo już zrobiłam. Najbardziej na sercu leżał mi ogródek taki warzywniak, zaczęłam wiec od niego. A ze ogrodnik jeszcze ze mnie kiepski, dobra rada i pomocą służyła Wiesia. Powoli wprowadziła mnie w tajniki sadzenia ogórków, pomidorów, malin, wysiewania fasoli, marchewki, buraków itd. „Tu odstęp na dwa buty tam na trzy, a tu włożysz 3 ziarenka, a tam dwa. To nie takie proste, jak mi się wydawało. Jednak wspólnymi silami udało się, pierwsze prace ogrodowe zakończone, teraz podlewam mój warzywniak i czekam. Oczywiście moja księżniczka pomaga mi dobitnie.








W tym roku posadziłam trochę ziol, bazylie, oregano, tymianek, mięte. Niestety zabrakło melisy , choć mój P. tak sobie jej życzył, w przyszłym roku nadrobię zaległości, obiecuje:)

Zlałam również zeszłoroczne winko, jak dla mnie to wyszło trochę za słodkie, zwłaszcza, ze wole wina półwytrawne. Wino powstało z czerwonej i czarnej porzeczki.

 


Maj to doskonała pora roku na wykonanie leczniczych syropów i nalewek. Świetnie nadają się do tego kwiaty mniszka, popularnie zwanego mleczem   jak i młode pędy sosny. 





SYROP Z MŁODYCH PĘDÓW SOSNY

Zdecydowanym się na wykonanie syropu z sosny, choć być może skusze się jeszcze na nalewkę. Syrop z sosny to idealne lekarstwo na kaszel i przeziębienia. Paczki i pędy sosny maja działanie wykrztuśne. Pobudzają błony śluzowe górnych dróg oddechowych. Odkażają, niszczą drobnoustroje zalegające w gardle i jamie ustnej. Maja także działanie moczopędne. Ponad to zawierają dużo witaminy C. Jej młode wierzchołki zawierają olejki działające bakteriobójczo i wykrztuśnie. 



WYKONANIE
Młode boczne przyrosty sosen zebrać starając się zbyt nie ogołocić jednego drzewka. Fachowcy zbierają po 2-3 ze sztuki. W dużym słoju ułożyć warstwę pędów sosnowych, warstwę cukru, warstwę pędów itd. Aż do zapełnienia słoja lub wyczerpania materiału. Słój odstawić najlepiej na słońce na 10-14 dni (aż cały cukier się rozpuści). Moj rozpuścił się w ciągu 4 dni. Stawiam go na dworze, przed domem,  w osłonecznionym miejscu. Zlać syrop, który jest doskonały na kaszel, do oddzielnego naczynia. Pozostałe przyrosty można zalać spirytusem zmieszanym z wódką 40 % w proporcji 1:1. Pozostawić na około 3 tygodnie, zlać, a pędy można zalać alkoholem ponownie. Jest to wersja najprostsza. Istnieją także inne wariacje, można np. dodać jałowiec suszony i wtedy powstanie piniojałowcówka (bardzo polecam), można dosłodzić do smaku, dodać cytryny itp.



Pozostając przy temacie nalewek i ziół , skusiłam się również na zebranie i ususzenie pokrzywy zwyczajnej , której w naszym zapuszczonym sadzie w bród. Działanie pokrzywy doceniano kiedyś w medycynie ludowej, dziś traktowana jest jako chwast, niechciany gość ogródka. Nie docenia się jej obfitości w mikroelementy, witaminy, kwasy organiczne i związki aminowe. Pokrzywe możną zastosować pod wieloma  postaciami. Począwszy od nalewki, poprzez sok i wyciąg, a skończywszy na potrawach i herbacie. Ja pokrzywę ususzyłam i będę stosować jako herbatę.  

Na dziś to już wszystko. Wkrótce się odezwę. Milego dnia!!!!






wtorek, 17 kwietnia 2012

Taszki


Witam po dłuższej przerwie. Po tak długiej, ze aż ciężko zacząć...Nie wiem czy jeszcze ktoś tu w ogóle zagląda , mimo wszystko postanowiłam krotko się odezwać. W sumie ostatnio nie działo się u mnie za wiele, brak mi jakoś energii i zacięcia do realizacji pomysłów, których szczerze mówiąc również nie za wiele. No nic tak to czasem bywa, i w moim życiu pojawiają się martwe punkty. Tak sobie myślę ze aktywność blogowa to dobry sposób na wydostanie się z takiego właśnie marazmu. Mam nadzieje ze mój blog już wkrótce odżyje bowiem w maju wybieram się na dłużej do naszego ukochanego "Lipowego Siedliska". A tam inspiracji nie brakuje. Sama tamtejsza natura dostarczy mi z pewnością  wiele pomysłów do kreatywnych i zarazem pożytecznych działań. W sumie to nie planuje zbyt wiele. Jedyne czego pragnę to ogródek warzywny. Chciałabym również dokończyć prace nad starym kredensem, pozostała mi góra (opalanie i zdzieranie farby, szlifowanie i ewentualnie woskowanie, w celu zabezpieczenia powierzchni). Po za tym chce sporządzić trochę przetworów na zimę, nalewek, win i syropów, zebrać mniszka, kwiaty lipy, po prostu pożyć zgodnie z cyklem natury i cieszyć się każdym przeżytym tam dniem.  Wszystko na zasadzie mogę ale nic nie muszę. 

 Od dłuższego już czasu chodziły mi po głowie taszki, takie zwykle, proste, ekologiczne, bawełniane torby na zakupy. Długo się za nie zabierałam. Az w końcu  wykonałam dwie, z czego niezmiernie się ciesze bo jakoś tak je zaczęłam i od razu skończyłam, nie lubię gdy coś się zbyt długo ciągnie, gdy coś zacznę i długo nie kończę- moja zgroza, słomiany zapal bliźniaka. 
Oto moje taszki:

Taszka z nadrukiem "...i co ja robie tu???"
Materiał: 100% Bawełny





Taszka bez nadruku , choc myślałam o malym tekście w stylu: "obejmij drzewa", albo "pragnę objąć drzewa", 
stwierdziłam jednak ze to zbyteczne:)




I to byłoby dziś na tyle. Mam nadzieje ze pozostanę tu znowu na dłużej. 

Zycze miłego tygodnia.



piątek, 9 marca 2012

Lombard złudzeń


W naszym mieście jest wiele pięknych ulic i placów. Napisano o nich wiele pięknych wierszy, poematów,  piosenek i książek; tak wiele, że zbytecznym już jest rozwodzić się nad urodą miasta. Jest tu jednak pewna taka ulica, że gdybyś szedł nią nie wiadomo jak spodlony, jej piękno i wdzięk każą ci trzymać łeb do góry; kiedy patrzysz na te wszystkie piękne, dziwne i małe domy, przychodzi ci do głowy niedorzeczna myśl, że powinni tu mieszkać sami dobrzy i szczęśliwi ludzie. Doprawdy, człowiek ma czasem ochotę przejść tą ulicą na kolanach. Na samym końcu owej ulicy, w kamieniczce ozdobionej pięknymi, brązowymi smokami, mieści się kawiarnia, o której wiedzą tylko wtajemniczeni, co w praktyce oczy-wiście oznacza, że wie o niej połowa miasta. Przychodzą tu jednak tylko ci, którzy mają do tego nie pisane jakby, lecz ściśle przestrzegane prawo; ci, którzy coś zrobili.
W tej kawiarni, przy jednym z misternie wykonanych stolików, siedział pewien młody pisarz z dziewczyną. Dziewczyna była bardzo młoda: miała śmieszną twarzyczkę dziecka, w której dziwiły czarne, poważne oczy. Miała na sobie jasną sukienkę w kratę, gdyż było to lato; nogi jej były długie, szczupłe i opalone; na te nogi zerkał już od pewnego czasu pewien staruszek z metafizyczną bródką siedzący przy oknie. Obserwacja jej nóg do tego stopnia zaabsorbowała jego wyobraźnię, iż zupełnie za-pomniał, że na jutro ma ukończyć miłosny wiersz do jednego z poczytnych tygodników. W pewnym momencie staruszek ocknął się, oblizał wargi i pochylił się nad kartką papieru; zrozumiawszy zaś po jakimś czasie, że nie jest to już opowieść o szukaniu stonki, której pisanie ukończył był przedwczoraj, począł układać gorące strofy. Pisarz i dziewczyna milczeli; przed kilkoma minutami ukończyli właśnie rozmowę, która oszołomiła i ją, i jego; tak zawsze bywa, kiedy ludzie wyznają sobie nad wyraz dobre i szczęśliwe rzeczy. Oboje bali się teraz pierwszego słowa; rzucali na siebie krótkie spojrzenia; młody pisarz od czasu do czasu chrząkał, wiedząc jednocześnie, że chrząkanie jest rzeczą idiotyczną i nie dającą absolutnie żadnych perspektyw. Wreszcie - zdławiwszy w sobie z najwyższym trudem olbrzymie ilości niepotrzebnych słów - zapytał:
- Nie wierzysz mi?
Dziewczyna potrząsnęła głową.
- To nie tak - powiedziała. - Wierzę ci, lecz trudno mi uwierzyć w to, co mówisz. To tak niespodziewanie... Nawet nie potrafię ci wytłumaczyć...
- Nie tłumacz mi - szepnął gorąco. - W cale nie chcę, żebyś mi tłumaczyła. Chcę tylko, żebyś uwierzyła temu, co mówię.
- Wierzę.
- Zaufasz mi?
- Chyba tak - powiedziała zaplatając z chrzęstem palce. - Chyba czy tak?
- Więc tak...
Na twarzy młodego pisarza odmalowała się niesłychana ulga. Bawiąc się filiżanką od kawy, powiedział:
- Nie masz pojęcia, jak strasznie trudno jest zaczynać wszystko od początku.
- Pomogę ci - rzekła.
- Wszystko, co mi możesz pomóc, to tylko mnie kochać. Zrobię, co będę mógł, żebyś była szczęśliwa.
- Będę szczęśliwa, jeśli tobie będzie dobrze.
- Muszę teraz iść - rzekł po krótkiej chwili milczenia. - Poczekasz na mnie tę godzinkę, dobrze?
Skinęła głową i uśmiechnęła się do niego oczami. Uścisnął jej rękę i odszedł. Dziewczyna została sama. Usiłowała skupić się i na zimno pomyśleć o tym wszystkim, co zaszło, o wszystkim, co jej powiedział; lecz wciąż jeszcze zdawało się jej, że słyszy po prostu jego głos, że miejsce naprzeciw niej wypełnione jest jego ciałem i że patrzą wciąż na nią jego oczy. Lecz nagle obraz ten się zamazał; potem wszystko poczęło się przecierać tak jak na ekranie i w pewnym momencie ze zdumieniem zauważyła, że naprzeciw niej siedzi żywa kobieta. Była także młoda, lecz wyglądała na zmęczoną ponad swój wiek; oczy miała mroczne i pełne smutku; po jakimś czasie oczy takie stają się pełne zapiekłego żalu.
- To miejsce jest zajęte - powiedziała uprzejmie dziewczyna.
- Na tym polega cały dowcip - rzekła kobieta. - Moment. Mówiłam już do pani dwa razy, lecz wyglądała pani na bardzo zamyśloną. Bałam się, że jak się odezwę głośniej, to przestraszę panią. Nie będę pani długo nudzić. Na-prawdę nie mam o czym długo mówić. Kilka słów.
- Proszę - powiedziała jąkając się dziewczyna. W serce jej wdarło się złe przeczucie. Patrzyła ze strachem na obcą kobietę i nagle zapragnęła z całej siły, aby tamta odeszła nie powiedziawszy ani słowa. Wszystko by w tej chwili za to oddała, tak jak człowiek, który boi się nieuświadomionego nieszczęścia.
- Niech pani posłucha - rzekła serdecznie kobieta. -Pani siedziała tu przed chwilą z pewnym młodym mężczyzną. Tak się już nieszczęśliwie składa, że ten rzekomy mężczyzna jest moim mężem i że z tego powodu znam go co nieco. Wiem, że panią kocha, bo to jego ulubiony pretekst od wielu miesięcy; nareszcie może chlać. zresztą, nie wykluczone, że kocha panią naprawdę. Moja rada jednak: niech się pani zastanowi.
- Nad jego miłością ?
- Nad sobą. Ludzie, którzy kochają trzy razy w roku, nie czynią tego nigdy naprawdę, nawet wtedy, kiedy sami są o tym przekonani. A potem strasznie jest patrzeć, jak miłość umiera.
- Musi umrzeć?
- Czy on mówił pani, że całe życie czekał na kobietę taką jak pani?
- Tak.
- Czy mówił, że od miesięcy nie może napisać ani słowa, bo bez przerwy myśli o pani?
- Tak.
- Czy mówił, że jeśli pani zależy na tym, co on może dać ludziom, aby pani z nim została?
- Mówił.
- Niech pani posłucha - rzekła po raz drugi kobieta. - Wszystko więc się zgadza. Ale mnie się to już absolut-nie znudziło. Kilka razy już pocieszałam te wszystkie nieszczęśnice, a raz nawet, za własne pieniądze, załatwi-łam jednej z nich pewien kłopotliwy drobiazg. Byłoby mi bardzo głupio, gdyby pani również w pewnym momencie przyszła do mnie po słowa pociechy, wygląda pani sympatycznie. Proszę mnie posłuchać jeszcze przez chwilę. Kiedy pierwszy raz weszłam do tej kawiarni, byłam równie ładna jak pani. Tak, proszę nie patrzeć na mnie jak na idiotkę. Wysłuchałam tych samych słów, a ponieważ on jeszcze wtedy miał własne zęby, słowa te brzmiały tym czyściej. Radzę ci, nie wygłupiaj się. Przez pierwsze
trzy miesiące będziesz zapewne bardzo szczęśliwa, że towarzyszysz człowiekowi w jego poszukiwaniach twórczych i w jego cierpieniach. Potem on popadnie w maleńką melancholię; zacznie szukać i cierpieć sam. Natomiast ty zaczniesz znajdować ślady szminki na jego koszulach, będziesz mu o trzeciej w nocy robić herbatę z cytryną, aby go ratować od kaca, a w końcu przyjdzie dzień, kiedy on stanie przed tobą i powie ci: " Wybacz, pomyliłem się. Moje życie to ciągłe błądzenie. Muszę błądzić i szukać; gdybym nie szukał, ludzie zapomnieliby o mnie. Poznałem kobietę; nie wiem, czy będę z nią szczęśliwy, lecz dopiero teraz, przy niej, odnalazłem siebie i jeśli ona nie zostanie ze mną, nie napiszę już ani słowa..." I tak dalej.
Przerwała. Milczała przez chwilę, rozglądając się po sali. Potem położyła swoją dłoń na dłoni dziewczyny i rzekła:
- A kiedy w pani życiu zrobi się już takie piekiełko, że odda się pani pierwszemu lepszemu durniowi, aby choć przez sekundę mieć złudzenie, że leży pani koło mężczyzny, ci wszyscy ludzie zrobią z pani taką kurwę, że rzeczywiście zacznie pani o sobie tak myśleć, słysząc, że "człowiek szarpie się, dręczy i męczy", a pani nie jest go w stanie zrozumieć. Jestem już wrakiem, na który nie popatrzy żaden mężczyzna, i radzę pani, niech pani zamknie drzwi i zapomni o tym lokalu. To lombard; za-stawi pani swoje złudzenia, marzenia i pragnienia, ale nie będzie pani miała już za co tego wykupić. Te wszystkie inteligentnie wyglądające panie, siedzące tutaj, wlezą nie tylko w pani łóżko, ale w każdą myśl; będzie się pani o sobie dowiadywać takich rzeczy, od których cierpną zęby. Będą rozpruwać pani życie jak pierzynę. Niech pani pomyśli nad tym. W życiu warto mimo wszystko od czasu do czasu pomyśleć o sobie: to nie takie głupie, jakby się zdawało. Ma pani ładną suknię. Skąd?
- Cepelia.
- Jakby się pani ktoś zapytał, skąd, niech pani powie, że ma pani wuja w Paryżu. Dobre entree. Do widzenia. Wyszła. Dziewczyna siedziała przez chwilę z zapartym tchem. Staruszek spod okna ciągle patrzył na nią; w pewnym momencie spojrzenia ich spotkały się i staruszka zatkało. W kącie ktoś głośno mówił: "Brykalski się skończył". "Jak to? - zapytał ktoś inny. - Przecież to jego debiut. Nie wiadomo, co jeszcze napisze". "Nic już nie napisze - cerkiewnym basem krzyknął pierwszy. - Ta książka jest końcem początku". Dziewczyna posiedziała jeszcze chwilę i wyszła. Staruszek spojrzał. za nią ze smutkiem i wrócił do swego poematu.
Na ulicy było duszno. Środkiem jezdni jechała polewaczka sikając strumieniami wody. Szofer wychylił się do dziewczyny i krzyknął: "Lalka, uważaj, bo ci z pupki garaż zrobię! Przechodź wolniej". Ludzie na chodnikach zaryczeli uszczęśliwieni. Polewaczka odjechała z szumem. Jakiś starszy, wykwintnie siwiejący pan, powiedział do dziewczyny:
- Niech pani naprawdę przechodzi uważniej przez jezdnię, bo może się pani nabawić kalectwa na całe życie...
- Ach, idź pan do stu diabłów - powiedziała dziewczyna żelaznym głosem. - To panu by się przydało, żeby panu obie nogi równo obcięło; siedziałby pan wtedy w domu j myślał o wieczności, zamiast szwendać się po ulicach bezmyślnie j pleść androny.
Wykwintnie siwiejącemu panu w sposób apoplektyczny zsiniał kark, a dziewczyna odwróciła się w drugą stronę i odeszła. Minęła wiele ulic, zeszła wielu rozmai-tymi schodami i, sama nie wiedząc kiedy, znalazła się nad Wisłą. Długo szła zielonym brzegiem, aż w końcu, zmęczona, usiadła wyciągając przed siebie swoje wspaniałe
nogi. Słońce zachodziło; rzeką płynęła zastygła miedź. Takie obrazy można kupić na placu Szembeka; można tam zobaczyć również najwytworniejszych mężczyzn j wszystkie trzy ładne kobiety mieszkające w Warszawie. Łąki dymiły rosą. Po drugiej stronie Wisły brzegami wałęsały się mgły i nic już dojrzeć nie było można. Światło dnia wygasało i nagle dziewczyna pomyślała, że jeśli nie odezwie się do kogoś, to zapłacze jak małe dziecko; a była twarda j nie znosiła łez. Obejrzała się rozpaczliwie w bok i zobaczyła, że niedaleko niej siedzi mały piegowaty chłopiec z książką na kolanach. Przysunęła się do niego i rzekła:
- Ty pewnie chcesz zostać pisarzem, co?
- Marynarzem - odparł niegrzecznie piegowaty.
- Ile masz lat?
- Co cię to obchodzi?
- Nie możesz odpowiedzieć, bęcwale?
- Przyczepiłaś się j nie dajesz mi czytać - odpowie-dział ze złością piegowaty. - Zupełnie jakbyś mi chciała dać na kino. Osiem. Zaraz się zrobi ciemno i będę musiał wracać do chaty. A tam już nie mogę czytać.
- Dlaczego?
- Matka mi każe robić lekcje.
- Co masz na jutro zadane?
- Matematykę.
- Matematyka - powiedziała z głębokim przekonaniem dziewczyna - to rzecz idiotyczna.
- Absolutnie.
- Posłuchaj - rzekła dziewczyna. - Dam ci na kino albo nawet dwa razy na kino, ale musisz mi przyrzec jedną rzecz. Dobrze?
- Nie bądź taka cwana - powiedział piegowaty i obejrzał ją podejrzliwie od stóp do głów. - Ja jestem z tych niedzisiejszych. Powiedz najpierw, o co ci chodzi.
- Dam ci na kino - powiedziała dziewczyna - ale pod tym warunkiem, że jak staniesz się dorosłym człowiekiem, to będziesz pisarzem.
Piegowaty zaśmiał się szatańsko.
- Gówno - rzekł krótko.
- Słuchaj, błaźnie - powiedziała dziewczyna i z nie-spodziewaną siłą ścisnęła jego rękę. - Dla mojej przyjemności, to możesz nawet zostać proboszczem w Pikutkowie. Ja chcę tylko, żebyś powiedział: "Zostanę pisarzem".
I za to ci dam na kino.
Piegowaty spojrzał na nią z zainteresowaniem.
- Idiotka - rzekł z niesłychanym zdumieniem w głosie. - Czy nie rozumiesz, że słowo to jest słowo?
- Napiszesz książkę - rzekła. - Opiszesz tam miłość zwykłej, młodej dziewczyny do zdolnego pisarza. Opiszesz uczucie litości, które zawsze bierze górę nad miłością i które tyle kobiet doprowadziło do klęski. Opiszesz ich pierwszą, miłosną noc, kiedy facet stoi przed drzwiami i skamle, żeby go wpuścić do pokoju, a kiedy go się wreszcie wpuszcza, tarza się przed łóżkiem i grozi, że podetnie sobie żyły. Opiszesz zdobywanie kobiet za po-mocą szantażowania pijaństwem. Opiszesz kawiarnię, w której siedzą kobiety pięknie, może najlepiej ubrane w Warszawie, o mentalności bajzelmamy z Płońska. I wiele innych, ciekawych rzeczy. No?
- Daj mi spokój ze swoim pisarzem - powiedział groźnie piegowaty i zamknął z trzaskiem książkę. -w ogóle idź stąd i daj mi święty spokój. Jak ja raz powiedziałem, że zostanę marynarzem, to tak już być musi. Ja mam nawet nazwę statku: "Albatros" . Tylko ty jesteś baba, masz piersi i nigdy tego nie zrozumiesz. Wracaj sobie do swoich lalek, a mnie daj spokój.
- Cóż ci z tego przyjdzie, kapitanie?
- Głupia - powiedział i jego piegowata mordka rozciągnęła się w szczęśliwym uśmiechu. - Będę jeździł po całym świecie. Zobaczę wszystkie kraje. Czy ty tego nie rozumiesz?
- Jak będziesz pisarzem, także możesz podróżować. I lądem, i morzem.
- A potem będę wracał z rejsu - ciągnął piegowaty nie zwracając najmniejszej uwagi na słowa dziewczyny -i będę zachodził do gospody "Pod Zardzewiałym Trupem". Ludzie będą siadać koło mnie, a ja będę im opowiadać o wszystkim, co widziałem. I to będzie wspaniałe. Dziewczyna podniosła się i otrzepała sukienkę.
- Jesteś durniem - rzekła. - Ilu ludziom opowiesz? Dziesięciu? Dwudziestu? Stu? I co z tego? Umrze szybko twoja gadka; jutro przyjedzie inny marynarz, opowie ciekawszą i zapomną o twojej. Gdybyś był niezłym pisarzem, twoją książkę czytałyby setki tysięcy. W każdym razie na pewno więcej, niż by na to zasługiwała. Sięgaliby do niej. Pamiętaliby każde twoje słowo. Dzieci by się z niej uczyły w szkołach. Mówiłbyś do wielu, wielu ludzi na całym świecie. Ale jak chcesz. Jesteś takim samym durniem jak każdy z was. Żegnaj, kapitanie.
Odeszła; słońce już wpadło za drzewa, daleko ktoś wył pijanym tenorkiem. I kiedy uszła już kawałek, piegowaty wrzasnął z całych sił:
- Dobra! Zostanę pisarzem!...
Dziewczyna drgnęła. Spojrzała na zachodzące słońce i poczęła szybko, aż do utraty tchu, biec w stronę pięknej ulicy.


1955


"Lombard Złudzeń" to jedno z moich ulubionych opowiadań Marka Hłaski. Jego proza to wyraz sprzeciwu wobec schematyzmu i zakłamania literatury socrealistycznej. Hłasko opowiada o buncie natury moralnej. Znakomicie opisuje środowisko społecznych nizin, w którym panuje beznadzieja i cynizm. Jego bohaterowie żyją marzeniami o zmianie, ale marzenia te zawsze okazują się płonne.  Twórczość Marka Hłaski a szczególnie specyficzna charakterystyka bohaterów: romantycznych, twardych outsiderow na zawsze pozostaną w mej pamięci i sercu. Domki które powstały nosze właśnie tytuły trzech jego utworów:
- Ósmy dzień tygodnia
-  Petla
- Lombard złudzeń









Pozdrawiam i życzę miłego dnia:)

środa, 1 lutego 2012

Ku pamieci W. Szymborskiej


Odeszła od nas Wisława Szymborska, wspaniała polska poetka i noblistka. Jej wiersze pełne prawdy i mądrości towarzyszyły mi długo.  Zwłaszcza w okresie buntu i niepokoju niejednokrotnie pomagały  pogodzić się ze światem, odnaleźć własne ja, spojrzeć na otaczającą mnie rzeczywistość nieco inaczej krytycznie i jednocześnie z lekkim uśmiechem oraz  nadzieja będzie dobrze, będzie lepiej.




Życie na poczekaniu
 
Życie na poczekaniu.
Przedstawienie bez próby.
Ciało bez przymiarki.
Głowa bez namysłu.

Nie znam roli, którą gram.
Wiem tylko, że jest moja, niewymienna.

O czym jest sztuka,
zgadywać muszę wprost na scenie.

Kiepsko przygotowana do zaszczytu życia,
narzucone mi tempo akcji znoszę z trudem.
Improwizuję, choć brzydzę się improwizacją.
Potykam się co krok o nieznajomość rzeczy.
Mój sposób bycia zatrąca zaściankiem.
Moje instynkty to amatorszczyzna.
Trema, tłumacząc mnie, tym bardziej upokarza.
Okoliczności łagodzące odczuwam jako okrutne.

Nie do cofnięcia słowa i odruchy,
nie doliczone gwiazdy,
charakter jak płaszcz w biegu dopinany -
oto żałosne skutki tej nagłości.

Gdyby choć jedną środę przećwiczyć zawczasu,
albo choć jeden czwartek raz jeszcze powtórzyć!
A tu już piątek nadchodzi z nie znanym mi scenariuszem.
Czy to w porządku - pytam
(z chrypką w głosie,
bo nawet mi nie dano odchrząknąć za kulisami).
Złudna jest myśl, że to tylko pobieżny egzamin
składany w prowizorycznym pomieszczeniu. Nie.
Stoję wśród dekoracji i widzę, jak są solidne.
Uderza mnie precyzja wszelkich rekwizytów.
Aparatura obrotowa działa od długiej już chwili.
Pozapalane zostały najdalsze nawet mgławice.
Och, nie mam wątpliwości, że to premiera.
I cokolwiek uczynię,
zamieni się na zawsze w to, co uczyniłam.


Wisława Szymborska

czwartek, 12 stycznia 2012

Panta rhei

Wszystko co dobre szybko się kończy, wszystko przemija, nic nie jest stale. Tak tez minęły święta i cały ich urok. A były to z pewnością jedne z piękniejszych chwil. Święta spędziliśmy tradycyjnie w gronie rodzinnym. Uwielbiam  atmosferę świąteczną, a przede wszystkim ten brak pospiechu. To korzystny czas na chwile zadumy, refleksji i wytchnienia. Okres pełen ciekawych spotkań i doznań. Takie tez były moje święta i końcówka roku 2011.
Zaraz po świętach ruszyliśmy na Mazury, do naszego ukochanego "Lipowego Siedliska" by w gronie przyjaciół odpocząć i wspólnie powitać nadchodzący Nowy Rok. Choć spędziliśmy tam zaledwie kilka dni to działo się wiele. Ach uśmiech pojawia się na twarzy gdy wracam wspomnieniami do tamtych jakże ulotnych momentów. Tam jakoś potrafię żyć i cieszyć się każdą nawet banalna chwila...Kocham tamtejsze poranki, nawet te z  bólem głowy po długiej, nieprzespanej nocy, bo owych nie brakuje, zapach parzonej  kawy unoszący się po naszej prostej ale jakże przytulnej kuchni, w tle grająca Troje, którą właśnie tam dla siebie odnalazłam i pokochałam. Uwielbiam popołudniowe spacery, wspólnie przygotowane i spożywane posiłki, które smakują jakby lepiej, intensywniej, i te niekończące się wieczory, bogate w zabawne, często do niczego zmierzające rozmowy i zwierzenia, dyskusje na temat sensu i bólu istnienia, nieuśpionego buntu, który tkwi w każdym z nas, śmieszne ale jakże rozkoszne opowieści o Panie Tadeuszu,  o wielkiej, niespełnionej, romantycznej miłości, o tym co przeżyte, doświadczone i nadal niezapomniane.Tegoroczny sylwester to istne szaleństwo, biorąc pod uwagę fakt w jakich warunkach się odbył. Ale to nieistotne, najważniejsze, ze była dobra zabawa w gronie ludzi których lubię, którzy są mi bliscy. A teraz przetrwać byle do wiosny:)




Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego w tym jakże  negatywnie opisywanym w mediach roku 2012. Ja jednak wierze ze ten rok, to czas pełen gwałtownych zmian, przyspieszeń i niespodzianek.