środa, 13 kwietnia 2011

Monotematyczno-refleksyjnie

 Tak wiem, jestem ostatnio trochę monotematyczna, zanudzam Was moimi Tildami. Ale cóż mam zrobić, skoro tak na nie zachorowałam. Nowa szata naszej czarno-białej kuchnia zainspirowała mnie do stworzenia dwóch kolejnych Aniołków w owych barwach. Tildunie podobają mi się bardzo, zrobiłam im szyldy, bo od dłuższego już czasu chodziły mi po głowie. Na zdjęciach niestety nie udało mi się oddać ich rzeczywistego uroku, są takie jak chciałam, dopracowane i  romantyczne. Wiem słodzę sobie, jeszcze ktoś pomyśli, ze ze mnie samochwała, ale naprawdę jestem nimi zachwycona, zwłaszcza,  gdy przypomnę sobie moje początki.





 Tilda z szyldem: "Herzlich Willkommen"





 Tilda z szyldem:"CARPE DIEM"







Choć szycie sprawia mi wiele radości to i tak nic nie zastąpi naszego Lipowego Siedliska i pracy związanej z jego tworzeniem. Najgorszy jest dla mnie fakt ze w tym roku nie spędzę na Mazurach, w naszym siedlisku tak wiele czasu jak rok temu. To był cudowne, niezapomniane chwile. Przeżyłam mazurska wiosnę, lato i jesień. Każda z tych por roku ma swoisty urok, jednak wiosna zauroczyła mnie najbardziej. Powietrze pachnie  intensywnie, ma zapach świeżej ziemi, która tylko prosi się o pokarm. Przyroda budzi się do życia, ptaki wracają z ciepłych krajów, aby u nas założyć gniazda i począć młode. Zwłaszcza bociany utkwiły mi w pamięci, bo właśnie do nas wracają. Niesamowite jest z jaka zawziętością walczą o swoja ostoje. Po stoczonych walkach z rywalami starannie pielęgnują swoje zdobyte siedlisko i rozpoczynają starania o  potomstwo. Cudownie jest moc cały ten spektakle  doświadczyć na żywo, z takiej realnej bliskości. Ma to zupełnie inny wymiar. W zeszłym roku po raz pierwszy w moim życiu, założyłam ogródek warzywny. Choć rolnik ze mnie żaden, a do pracy fizycznej człowiek nie przyzwyczajony, pominąwszy już fakt, ze o uprawie nawet prostych roślin pojęcia zero, to efekt końcowy były bardzo pozytywny. Zebrałam spore plony, zdrowych, własnoręcznie, w pocie czoła wypielęgnowanych warzyw. Oczywiście tego efektu nie osiągnęłam sama. Bez pomocy wielu mi bliskich już dawno bym się poddała i pole boju porzuciła. Nie wiem czy wy tez tak macie ale gdy ja robię coś, o czym nie mam zielonego pojęcia, to budzi się we mnie ogromne poczucie wątpliwości w sens tego co wlanie czynie.  Dlatego wtedy tak ważne jest mieć wokół siebie innych, bliskich którzy wesprą i dodadzą wiary. Pisze tu o zwykłych, banalnych pracach ogródkowych ale właściwie mam tu na myśli jeszcze inne, ważne dymensje życiowe. W tym roku niestety nie będzie mi dane, cieszyć się mazurska wiosna i jej urokiem. No cóż tak to czasem bywa, nie na wszystko mamy wpływ, zadowolę się latem i jego tajemnicami. Najbardziej zal mi jednak mego ukochanego ogródka, którego po prostu w tym roku nie urodzę i nie wypielęgnuję. Tak tez nie pozostaje mi nic innego, jak zadowolić się tym, co tu i teraz. Naszym mieszkankiem, niewielkim balkonem, który dla mojego P. jest istnym przedłużeniem smyczy, swojego rodzaju wiezieniem. Pozostają mi moje Tildy i inne tego rodzaju rozkoszne robotki, które i tak nie zastąpią ogromnego  potencjału mazurskiej ziemi, naszego Lipowego Siedliska.

Pozdrawiam i życzę miłego!!!!!!

wtorek, 5 kwietnia 2011

Kolejna tilda ogrodniczka

Witam was kochane, mam nadziej ze weekend dopisał. U nas było bardzo słonecznie i cieplutko, temperatura wynosiła ponad 25 stopni. Nie obyło się bez grillowania i wiosennych spacerków. Jednym słowem weekned należał do udanych. Dzisiaj za to nie czułam się najlepiej, dokuczał mi okropny ból głowy . Ogólnie od jakiś dwóch tygodni dokucza mi uczucie zmęczenia, popołudniu zasypiam na stojąco, Myślę ze to przesilenie wiosenne daje się we znaki. Wczoraj wieczorem znalazłam chwilkę i dokończyłam kolejna Tilde. Bardzo lubię je szyć, to prawdziwe odprężenie i chwila tylko dla mnie.







 
 
Kolejna Tildunia będzie w nieco bardziej stonowanych kolorach. 
Pozdrawiam was serdecznie i życzę miłego!!!!!

czwartek, 31 marca 2011

Male zmiany


W ostatnim poście pisałam o szykujących się zmianach, dotyczących naszego mieszkanka. Zaczęłam od kuchni. Choć mala to bardzo ja lubię. Przed prawie trzema latami sprawiłam sobie do niej nowe mebelki i bardzo się ciesze ze zdecydowałam się wówczas na kolor biały. Biel pasuje do wszystkiego i za pomocą nowych dodatków kolorystycznych kuchnia jest prawie nie do poznania. Przed metamorfoza dominował kolor czerwony. Teraz elegancki czarno-biały. Oto efekty mojej pracy.


















Pomalowałam stary chlebak, tak wyglądał przed:


Uszyłam serwetkę i zaslonke:

Zrobiłam wieszaczek na pierdoły, tylko haczyki muszę przykrycie i już będzie wisiał sobie nad stołem



O tu moja zaangażowana  pomocnica:



Pomysłów w głowie mnóstwo, także powolutku będę je realizować. W najbliższym czasie chce pomalować tez przedpokój. Właściwie chciałam zabrać się za niego w ten weekend ale pogada ma być u nas piękna także sobie odpuszczę. Po głowie chodzi mi jakaś sesja w plenerze, zobaczymy co to z tego wyjdzie....

Pozdrawiam was serdecznie i życzę pięknego, słonecznego weekendu!!!!!

poniedziałek, 21 marca 2011

Tilda Aniolek

Witam was kochane. Mam nadzieje, ze u was wszystko ok, ze wena twórcza was nie opuszcza i pomysłów nie brakuje. Przeglądam wasze blogi regularnie i ciagle jestem pod wrażeniem, z jaka łatwością potraficie z niczego zrobić coś. Dostarczacie mi wiele inspiracji i nowych pomysłów. W planach mam małe zmiany. Chodzi o nasze mieszkanko, które właściwie bardzo lubię ale stwierdziłam ze czas na coś nowego, świeżego. Zacznę od przedpokoju. Chce aby był cały biały, także szykuje się małe malowanko i lekka metamorfoza. Jak tylko wszystko będzie gotowe pochwale się efektem końcowym. Oczywiście mój P. z szykujących się zmian nie jest szczęśliwy ale tak to już bywa, wyboru nie ma , jak baba się uprze tak już koniec. A ja ciesze się już  jak dziecko. Pomysł mam, teraz trzeba wcielić go tylko w życie. Marzy mi się tez nowy bialuteńki stół z krzesłami, nowa komoda, witryna wszystko oczywiście w stylu shabby chic. Powolutku, a wszystko to co sobie ubzdurałam, wymarzyłam zostanie spełnione, tego jestem pewna.  Poki co nadal szyje. Parę dni temu powstała kolejna Tilda, Aniolek, uważam ze na żywo prezentuje się jeszcze lepiej:










Odkąd nie pracuje i jestem z Alunia w domu tak mało pisze po niemiecku, ze zastanawiałam się nad tym czy nie zacząć prowadzić mojego bloga w tym języku.   Oznacza to więcej pisania ale w ten sposób odświeżę  gramatykę i pisownie. Ach zastanowię się. Pozdrawiam was  i życzę miłego!!!!!

poniedziałek, 14 marca 2011

Tildamania c.d.

Ach... jak kocham te przesłodkie szmaciane laleczki, o których istnieniu do niedawna nie miałam zielonego pojęcia. Tildy szyje namiętnie. Wieczorami, kiedy cały dom układa się do snu, ja zasiadam do maszyny i odlatuje, nie ma mnie. Wczoraj skończyłam kolejna Tildunie. Trochę problemów miałam z włoskami. Nie za bardzo wiedziałam jak je na drutach zakończyć, aby się mocno trzymały. W końcu przykleiłam je na końcach drucika gorącym klejem. Trochę się bałam czy metoda ta się sprawdzi ale z efektu jestem zadowolona, włoski trzymają się mocno, a śladów kleju nie widać. Oto parę fotek:









Jutro zabieram się za kolejna Tilde - ogrodniczkę.

Zycze miłego słonecznego dzionka!!!!

niedziela, 6 marca 2011

Tildomania odżyła we mnie na nowo!!!!!

Jak sam tytuł mówi , ostatnimi czasy byłam pracowita. Stworzyłam dwie kolejne Tildy. Jedna trochę nietypowa, taka słodka krasnoludka i zajączek. Długo zabierałam się do szycia. Moj P. zaczął już wątpić w moje zacięcie i podejrzewał powrót słomianego zapału, z którym staram się walczyć.  Jakos brakowało mi chęci i weny aż któregoś dnia przemogłam się i na nowo poszła maszyna w ruch. Mimo ze miałam dłuższa przerwę w szyciu, poradziłam sobie i jestem z sobie bardzo dumna. Cieszy mnie przede wszystkim fakt, ze maszyna nie stoi zapomniana w kacie i ze szycie sprawia mi coraz to więcej radości. Oto moje dzieła:

Krasnoludka








Zajączek z gąska









A tak po za tym to u mnie wszystko w porządku, ciesze się na wiosnę i co raz to dłuższy dzień. W krotce się odezwę. Pozdrawiam, buziaki PA!!!! 

środa, 16 lutego 2011

Weekendowo....

Ach co za weekend... W końcu coś innego!!!!! W dodatku pogoda dopisała bardzo. Oto kilka fotek z naszego weekendowego pobytu w austriackim Gaschurn.




Gaschurn, ta bardzo malownicza wioska, położona w dolinie Montafon to świetne miejsce do wykonywania sportów zimowych i nie tylko. W Gaschurn bywał sam Ernest Hemingway...



Centrum Narciarskie Silvetta Nova

Silvretta Nova to największy ośrodek narciarski tego regionu, który liczy 27 wyciągów i 114 km przygotowanych tras. Przynajmniej połowa z nich jest sztucznie naśnieżana. Naprawdę cudowne warunki narciarskie. Choć ze mnie narciarz żaden bo szczerze mówiąc na nartach jeździłam może 6 razy w  życiu to przyjemność miałam niebywałą. Dla początkujących to świetne miejsce aby się do tego sportu przekonać.
 








Nawet moja Alinka miała bardzo duży ubaw, czego nie można powiedzieć o tacie, który był wykończony etatem niani.


Z kochana Marzenka


Ogólnie było bardzo milo, szkoda tylko ze tak krotko. No cóż ale dobre i to. Wypad bardzo dobrze mi zrobił, bo w końcu coś innego wkradło się w moje ostatnio  monotonne życie. Wiem narzekam choć niby nie ma na co, ale ostatnio czegoś mi brakuje. To po części ta pogoda, brak słońca  powoduje taki nieco negatywny nastrój i samopoczucie. Ale i fakt ze zaczynam odczuwać brak pracy zawodowej, nowych wyzwań i chyba takiego zdrowego stresu. Te 18 miesięcy jakie spędziłam w domu z Ala były cudowne i bardzo się ciesze, ze mogłam z tego przywileju skorzystać. Jednak powoli mam ochotę na zmiany w kierunku życia zawodowego. Alunia kończy w lipcu dwa latka i od sierpnia postanowiliśmy wysłać ja do przedszkola. Jestem przekonana ze to dobra decyzja. Ala uwielbia dzieci i chętnie szuka kontaktu z nimi, potrafi tez walczyć o swoje.  Wiem, ze przedszkole bardzo dobrze jej zrobi. A i ja będę mieć więcej czasu dla siebie i swoich potrzeb. Mam tylko nadzieje ze uda mi się w miarę szybko zawodowo na nowo odnaleźć i "spełnić".  Pozdrawiam i życzę miłego!!!!!